RSS
 

Archiwum - Listopad, 2013

Witam po jakże długiej przerwie… / Zagubiony anioł odwagi cz.11

23 lis

O rany… Z całego serca przepraszam za moją głupotę picia kawy i zalewania lapcia nią. :/ Jednak powiem, że już po 10 grudnia dostanę nowy laptopik i wtedy będę dodawać na bieżąco :). Teraz jestem u siostry mojej cudownej i pilnuję siostrzenicy :>, a że mała już śpi to dorwałam ten że o to komputer i piszę kolejną część mojego dłuuugaśnego opowiadanka (troszkę mam lęki, bo w domu sami faceci, no dokładniej na tym piętrze co ja śpię xD i boję się że któryś wpadnie na genialny pomysł zrobienia mi psikusa. Koszmar z tymi facetami ).

Zagubiony anioł odwagi 11

Stałam w tulona w jego ramiona, nie wiedziałam już czy to się dzieje naprawdę, czy też śnię na jawie.
- Ty… To… Naprawdę? – Wyszeptałam przez łzy, nie liczyłam że odpowie.
- Tak, jestem tu siostrzyczko. – Słowa były przepełnione żalem, bólem i miłością, które mnie oblały jak lawa.
- Dlaczego mi to zrobiłeś? Dlaczego zostawiłeś mnie samą? – Teraz już odsunęłam się, by spojrzeć w jego piękne błękitne oczy, tak inne od moich.
- Rayan, już chyba ci to wyjaśnił… Prawda?
- Tak, ale czy było warto? Wiedziałeś jak to się skończy, kiedy to ujrzy światło dzienne, wiedziałeś jakie są zasady i wiedziałeś, że oprócz ciebie nie mam nikogo. Matka po twojej pseudo śmierci, zupełnie zatraciła się w pracy. – Oczy mu pochmurniały i pojawiła się zmarszczka na czole.
- Warto. Kocham ją i będę kochać. Nic się nie liczy dla mnie… Jak ona, bo… – Rozpłakałam się i przerwałam mu.
- Ja nawet się dla ciebie tak nie liczę jak ona?! To idź sobie do niej… Zostaw mnie! TY NIE ŻYJESZ!!! Odejdź! Nie wracaj!
- Ale… Kleo… Nie bądź samolubna… Czy ty nie chcesz…
- Idź. Znikaj tak jak się pojawiłeś.
- Proszę cię…
- Wyjdź! Której cząstki tego czasownika nie rozumiesz? Znikaj.
- Dobrze. – Chciał mnie przytulić, ale odtrąciłam jego ręce. Uraziłam go tym, widziałam ból w jego oczach. Ostatni raz spojrzał na mnie, odwrócił się… I znikł. Padłam na kolana i płakałam. Po chwili ciepłe dłonie dotykały moich ramion.
- Dlaczego mnie nie zostawisz? Idź do niej.
- Kleo? Do jakiej „niej” ? – Znałam ten głos, ale nie należał on do Darvina, tylko do Rayana.
- Oh… Myślałam, że to ON.
- Kto? – Usłyszałam troskę w jego głosie lub może to tylko moja wyobraźnia.
- Nikt. Nikt taki. – Spojrzałam na niego i nie wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią, ale nie chce mu tego mówić, nie teraz. Muszę to przemyśleć.
- Dobrze, nie chcesz mówić, rozumiem. – Podał mi chusteczkę, otarłam łzy i katar kapiący z nosa. – Lepiej?
- Tak, dziękuję. – Blady uśmiech zatańczył na mojej twarzy.
- No cóż, widocznie będę musiał nosić zawsze przy sobie chusteczki, bo ty zawsze jak płaczesz, koszmarnie później wyglądasz. Blech! – Udał, że jest zniesmaczony śmiejąc się w głos.
- Ha-ha! Jesteś perfidnym aniołem Rayanie! – Dałam mu kuksańca w splot słoneczny.
- Chyba złamałaś mi żebro! Ty brutalna kobieto, mam lęki przed tobą. – Zaśmiałam się i zapomniałam o tym, że jeszcze chwilę temu płakałam.
- Oh i ah, ale dramatyzujesz. Normalnie jak aniołek kiedy ma okres. – Spojrzał na mnie poważny.
- Aniołek? Patrz jaki ja duży jestem. – Wstał i się napiął. – Widzisz jaki ja ogromny i masz może pożyczyć tampona czy czegoś tam, bo okres mi się zaczął. – Zatrzepotał rzęsami i udawał zmieszaną dziewczynę.
- O rany… Ale jest z ciebie duża dzidzia. – Pokazałam mu język, wstałam z podłogi i spojrzałam na zegar, zielone cyferki pokazywały, że jest już 20:03. Zostało nam już mało czasu, zaledwie nie całe 4 godziny.
- Dzidzia? Dzidzia?! Foch forever na 5 minut z przytupem. – Odegrał całą scenkę, siadając dramatycznie na łóżku.
- Może, potem się po obrażasz, bo mamy nie całe 4 godziny, żeby być na miejscu.
- No dobra, ale potem będę się obrażać. Pff… Ja? Dzidzia? No to, żeś mi pojechała… – Uśmiechał się słodko. – I zrobiłem już kawę.
- O widzisz, poradziłeś sobie.
- No oczywiście. – Wyszczerzył się.
- To chodź wypić ją i nabrać paliwa do mojej machiny, w garażu powinien być jeszcze kanister.
- No dobrze. – Już się opanował i zachowywał się poważniej. Ruszyłam w stronę schodów, a on ciągle stał i rozglądał się po moim pokoju.
- No chodź chłopczyku.
- O nie! Lepiej biegnij do tej kuchni, bo mam nerwa. – Ruszyłam biegiem do kuchni, nie słyszałam jego kroków, byłam już w połowie drogi, kiedy on zaczął biec. Dogonił mnie natychmiast, ale dał mi wygrać. – Zrobiłeś to. Dałeś mi wygrać.
- Nie, co ty. Ja? Nie, nigdy. – Znowu ten uśmiech.
- I tak wiem, że mam rację.
- Tylko troszeczkę.
- Baran… – Weszłam do kuchni i czułam zapach świeżo parzonej kawy.
- Owca.
- Baaaran!
- Owcaaa!
- Dobra, koniec. Chce kawy.
- Okey, twój zielony kubek.
- Ale ja lubię ten czarny.
- Późno, klamka zapadła.
- Chyba, kawa zalała się.
- No dobrze jak chcesz to sobie mów, ale i tak twój zielony.
Wypiliśmy kawę w ciszy, nim spostrzegłam była już godzina 22:18. Rayan, wziął parę srebrnych noży, ja przyniosłam kanister, potem wzięłam jeszcze latarki i mogliśmy lecieć po mój motocykl.
- Wszystko? – Zapytał mnie na chodniku.
- Tak. Myślę, że tak. Tylko, że nie wiem… Co dalej? Mamy tylko noże. Ty jesteś osłabiony w tym miejscu. Uda się nam?
- Powinno.
Rozejrzałam się dookoła, wszędzie atramentowa noc, ogromny blady księżyc wyłaniał się zza drzew i rozświetlał tereny. Przeszedł mnie dreszcz, na samą myśl że znowu będę lecieć z aniołem, ale to jakim aniołem, a potem jechać przez ciemny las, by uwolnić moją matkę.

Przepraszam ponownie, ale już padam na mordkę, albo raczej na klawiaturę. Kolejną część dodam, mam nadzieję, że już nie długo :) Dobranoc wszystkim, Evee

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii