RSS
 

Przez łzy .. / Dawno, dawno temu

16 sty

Nie rozumiem świata, nie potrafię zaakceptować tego jakim jest. Cierpię – kiedy inni się z cierpieniem pogodzili. Płacze – kiedy inni już tego nie robią. Współczuje – chociaż to odchodzi w zapomnienie tego świata.

Znacie bajkę o demonie wilku? Jeśli nie, to ja bardzo chętnie opowiem.

                   Dawno, dawno temu… W ogromnej metropolii, w jednym z podmiejskich szpitali na świat przyszło dziecko. Nic niezwykłego, jeśli by nie pewien element. Na drobniusim karczku widniało dziwne znamię – przedstawiało łapę psią lub wilczą. Rodzice początkowo panikowali że choroba skóry, że trzeba leczyć. Z biegiem lat pogodzili się, że to nic groźnego dla zdrowia ich wątłej córeczki. Dali jej imię Cana Rossalia Spencer. Dziewczynka rosła, jak każda inna w tym wielkim mieście. Nie miała talentu ani do śpiewu, ani tańca, w szkole aby z klasy do klasy. Rodzice mieli z nią wiele problemów, gdy minęła dziewiętnasta jesień oni ją wyrzucili z domu. Poczciwa rodzina Spencer się rozpadła. Ojciec się rozpił, stracił pracę. Matka by jakoś przeżyć to z jednym sypiała to z drugim. Cana zaczęła się zmieniać, jedno oko miała niczym lód w otoczce fioletu, błękit emanował chłodem, docierał do duszy każdego na kogo spojrzała. Drugie w odcieniu ciepłego brązu, gdy się w nie patrzyło do ciała przypływał spokój i poczucie bezpieczeństwa. Dziewczyna jednak niestety jakoś musiała żyć, nie miała pieniędzy, ani co jeść. Spała na ławce w parku, błąkała się po mieście. Ze sobą jedyne co miała to plecak, a w nim najukochańsza maskotka, pamiętniki i ołówek. Nie zwracała uwagi, że ktoś za nią podąża. Położyła się na ławce i patrzyła w gwiazdy, a myślała o tym by coś zjeść, by położyć się w ciepłym łóżku. Jej prześladowcą okazał się być pies. Nie byle jaki pies, coś ich łączyło. Tak jak ona nie miał domu, był głodny, sam i oczy. Ich oczy były swoimi idealnymi odpowiednikami. Jej prawe błękitne, jego lewe. Jej lewe brązowe, jego prawe. Od tego wieczoru on od niej nie odchodził, na drugi dzień udało jej się wyżebrać na ulicy parę monet. Wystarczyło na steka. Podzieliła się „zdobyczą” z nowym przyjacielem. Minimalnie zaspokoiła głód swój i jego. Nadała mu imię Rimmon. Z dnia na dzień jakoś sobie radzili. Jej 20 urodziny były dla niej koszmarem. Była chora, miała gorączkę, wymiotowała żółcią. Nie rozróżniała dnia i nocy, snu i tego co realne. Rimmon był przy niej, przynosił jej szczątki jedzenie które znalazł po śmietnikach restauracji, co ktoś mu rzucił do jedzenia. Leżała w zaułku jednej z ciemnych ulic. Grupa chłopaków łaziła za nią, dokuczała i dręczyła. Tego dnia znaleźli ją nieprzytomną. Rimmona nie było wtedy, szukał jedzenia. Cana nie pisnęła gdy obudziły ją te psychole. Chciała krzyczeć, jednak była za słaba. Przywódca gangu dopiął swego, a raczej rozpiął swojego. Bez skrupuł zrobił to na co miał od dawna ochotę. Gdy skończył, jego kompani wiwatowali i bili się kto teraz. Ona leżała i w ciszy płakała. Pierwszy, drugi, trzeci… I tak do jedenastego. Na zakończenie ją pocięli. Cana odeszła z tego świata w gorące, cierpieniu i własnej kałuży krwi. Mówią, że po śmierci idziemy do nieba… Z nią tak nie było. Ona została na tym świecie, jej dusza odnalazła Rimmona. Pies patrzył na nią i po chwili upadł. Nikt do dzisiaj nie rozumie co się wydarzyło. Jej cień i jego cień stali się jedną i nie rozłączną całością. Ciemną materią, złożoną z jej smutku i cierpienia oraz z jego bólu i samotności. Splotła wszystko w całość nienawiść i zranione uczucia. Narodził się demon. Demon Wilk. Ginęli ludzie, fala samobójstw i depresji. Na wieki potępieni, ale na zawsze razem. Cierpienie, smutek, śmierć. Tylko to po sobie zostawiali. Na samym początku rozprawili się z gangiem, potem z jej rodzicami, potem z jego właścicielami. Od chwili narodzenia demona każdy kto skrzywdzi dziecko lub zwierze czeka cierpienie. Będzie sam się prosił o śmierć. Demon dopadnie. Zabije, nasiąknie krwią każdego popierdoleńca ziemi. Mordercy, gwałciciele, psychole krzywdzące każdą żywą i niewinną istotę umrą. Umrą i nigdy nie poznają dobra i ciepła. Nic z nich nie zostanie tylko ciągłe cierpienie, raz jeszcze i jeszcze i jeszcze. I tak dopóki nie oszaleją, dopóki nie wydrapią sobie oczu, dopóki sami sobie nie wyrwą serca. 

Morał bajki? Popierdoleńcy czeka was coś gorszego niż więzienie i śmierć. Będziecie żyć, ale będziecie żyć błagając Śmierć by was zabrała.

 
1 komentarz

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~szaklalakaboom

    17 stycznia 2016 o 04:03

    Szczerze ujmując. Pociągające opowiadanie, takie oddające Baw rzeczywistości. A zarówno fantastki która, szczerze przydałaby się na tym świecie by, poskromić zawitości i wszelkie zło ludzi. Pozdrawiam i Dziękuję że wpadłem przypadkowo na to opowiadanie na Blogu. Bo naprawdę Opowiadanie Ruszyło mnie, to było czuć na ciele czytając. Niczym z życia wzięte. Oby więcej takich Wpisów okazujących realizm życia na ziemi. I pouczające że zło wykonane na kimś, oddziałuje tak samo w drugą stronę.